CZAS OSTATECZNY

Bioczip artykuł z Newsweeka

W USA można już legalnie wszczepiać pod skórę małe krzemowe chipy. Dziś mają usprawnić pracę lekarzy. Ale jutro mogą stać się narzędziem inwigilacji.

Kobiety w "Seksmisji" Juliusza Machulskiego nie były subtelne. Brutalnie kolczykowały wszystkich mieszkańców podziemnego świata maleńkimi, metalowymi urządzeniami. Te nieustannie wysyłały sygnał informujący, gdzie znajduje się ich właściciel. Na razie taka kontrola nam nie grozi, ale już za kilka lat ta artystyczna wizja może się ziścić. W ubiegłym tygodniu amerykańska Agencja do spraw Leków i Żywności (FDA) zezwoliła na wszczepianie ludziom chipów. To pierwsza zgoda na montowanie w naszym ciele urządzeń, które nie leczą. I od razu pomysł ten zaczął budzić kontrowersje.

Trudno co prawda nie dostrzec dobrej strony tej decyzji - chipy mają ułatwić lekarzom dostęp do danych medycznych o pacjencie. Zostaną w nich zakodowane

informacje dotyczące naszego zdrowia. Ale co będzie, jeśli znajdą się tam też takie wiadomości, które wolelibyśmy zataić? Czy badający nas kardiolog powinien wiedzieć, że w młodości prowadziliśmy rozwiązłe życie i dopadły nas choroby weneryczne?

Co gorsza, to tylko początek takiej inwigilacji. W przyszłości podobne chipy mają służyć do ustalania miejsca pobytu dzieci lub osób chorych na alzheimera. Czy nie jest to zatem zapowiedź świata, w którym nad ludźmi nieustannie czuwać będzie Wielki Brat i w którym każdy nasz krok zostanie skrupulatnie odnotowany i przeanalizowany?

Zaaprobowany przez FDA chip o nazwie VeriChip ma wielkość ziarnka ryżu i jest wszczepiany pod skórę ramienia za pomocą strzykawki. Zabieg jest szybki, prosty i niemal bezbolesny. Pielęgniarce zajmuje mniej niż 20 minut i nie pozostawia żadnych blizn. Urządzenie działa dzięki układom identyfikacji radiowej (RFID - Radio Frequency Identification), czyli mikroprocesorom, które emitują sygnały.

Zawarty w chipie numer identyfikacyjny chorego odgrywa taką samą rolę jak kod kreskowy widniejący na opakowaniach niemal wszystkich produktów. I podobnie jak kod w sklepie będzie go można odczytać za pomocą ręcznego skanera. Dzięki temu lekarz błyskawicznie dotrze do informacji o pacjencie, takich jak grupa krwi, alergie, przebyte poważne choroby czy informacje na temat leków stosowanych dotychczas przez chorego. Po każdej wizycie w gabinecie lekarskim czy szpitalu elektroniczna baza danych dotycząca pacjenta będzie na bieżąco uzupełniana.

Zwolennicy chipów twierdzą, że dzięki nim lekarze będą mogli uzyskać niezbędne informacje o tych pacjentach, którzy stracili przytomność lub mają problemy z komunikowaniem się. Krytycy ostrzegają natomiast, że stosowanie tych urządzeń może doprowadzić do nadużywania poufnych danych medycznych.

Czas pokaże, kto ma rację. Producent chipów, amerykańska firma Applied Digital Solutions, ma jednak nadzieję, że urządzenie przyniesie więcej pożytku niż szkody. I proponuje na początek wszczepiać chipy przede wszystkim najbardziej potrzebującym - chorym na cukrzycę i alzheimera oraz tym, którzy poddawani są poważnym zabiegom, takim jak chemioterapia. Dopiero z czasem mają stać się ogólnie dostępne. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie jeden problem - VeriChip jest niewidoczny. Nie wiadomo zatem, w jaki sposób przed upowszechnieniem tej metody pracownicy służby zdrowia zorientują się, którego pacjenta powinni skanować, a którego nie.

Zanim VeriChip uzyskał certyfikat do stosowania u ludzi, przeszedł - jak wszystkie produkty medyczne - długą drogę badań klinicznych. Na początku był testowany na zwierzętach. Próby wypadły na tyle pomyślnie, że już od 15 lat jest stosowany w Stanach Zjednoczonych do identyfikacji zagubionych zwierząt domowych i hodowlanych. Dziś noszą go już miliony. Potem zaczęły się testy na ludziach. Do tej pory chipy nosi prawie 1000 osób na całym świecie. Pierwszymi królikami doświadczalnymi było 200 pracowników biura prokuratora generalnego Meksyku. Miniaturowe urządzenia zapewniały im dostęp do pomieszczeń z tajnymi dokumentami.

Potem chipy dostali niektórzy bywalcy nocnych klubów w Barcelonie. Zastąpiły one karty chipowe. Teraz nosiciele krzemowych mikrourządzeń mogą szybciej zamawiać drinki i płacić za nie. Budzi to zachwyt bywalców, takich jak np. Antoin Hazelaar, 34-letni twórca stron internetowych. Odkąd wszczepił sobie ten krzemowy chip, cieszy się statusem specjalnego gościa w słynnym barcelońskim Baja Beach Club. Zamiast stać w kolejce, podsuwa bramkarzowi ramię do zeskanowania i bez dalszych ceregieli wchodzi do środka. Jeśli chce zamówić drinka, barman macha tylko elektroniczną różdżką, obciążając na odpowiednią kwotę zakodowany w chipie rachunek Hazelaara.

W przyszłości za pomocą bardziej zaawansowanych technologicznie wersji mikrochipów współpracujących z urządzeniami GPS będzie można zlokalizować miejsce, gdzie w danej chwili znajduje się poszukiwana osoba. Już teraz firma Applied Digital Solutions sprzedaje system monitorujący o nazwie Cyfrowy Anioł (Digital Angel), który składa się z urządzenia przypominającego zegarek i modułu przyczepionego do paska. System przydaje się szczególnie rodzinom osób cierpiących na alzheimera, ponieważ pomaga zlokalizować chorego w każdym miejscu na świecie. Bransoletki z chipami zakładane są także noworodkom w niektórych szpitalach w Stanach Zjednoczonych, aby wykluczyć przypadkową podmianę.

Pojawiły się też mniej medyczne zastosowania bransoletek. W jednej z koszmarnie zatłoczonych japońskich szkół pomagają one dzieciom odnaleźć czekających na nie rodziców. Wesołe miasteczka w Stanach Zjednoczonych wydają odznaki chipowe, które zaczynają się świecić, kiedy zwalnia się miejsce w kolejce górskiej. I choć na razie Cyfrowy Anioł jest za duży, by zmieścić się w mikroskopijnym, wszczepianym pod skórę urządzeniu, firma już pracuje nad miniaturyzacją. A wtedy kto wie, w jakim celu może zostać wykorzystany.

Wykorzystano fragmenty artykułu Rany Foroohar "Przyszłość zakupów"

Źrudło
http://www.newsweek.pl/artykuly/wydanie/680/lekarz-czy-szpieg,18859,2