CZAS OSTATECZNY

I TY JESTEŚ POTENCJALNYM TERRORYSTĄ

I ty jesteś potencjalnym terrorystą!

Dawniej do kartotek trafiali wyłącznie przestępcy. Dziś wrogiem polityków jest każdy obywatel. Za pieniądze podatnika rządy zamierzają tworzyć gigantyczne bazy danych z tak intymnymi danymi jak kształt twarzy, dłoni, tęczówki oka czy linii papilarnych.

Na sali porodowej słychać krzyk dziecka. Narodził się nowy człowiek. Po standardowym myciu, ważeniu i mierzeniu, noworodek zostaje odebrany matce i przekazany w ręce pielęgniarki, która w obecności urzędnika, wszczepia malcowi dwa bioczipy. Jeden na czoło, drugi na wierzchnią część prawej dłoni. Zabieg jest bezbolesny, a czip – mały jak ziarnko maku. Urzędnik za pomocą skanera aktywizuje jednostkę.
Od tej pory mały Jasiu stał się migającym punktem na ekranie urzędnika w urzędzie miejskim. Dane o jego narodzeniach trafiły także do urzędu stanu cywilnego, urzędu paszportowego, ZUS, urzędu lokalizacji obywateli, wskazanego przez rodziców banku, przychodni rejonowej i mimo, że dzidziuś nie zdążył jeszcze uczynić cokolwiek złego, do policji i służb specjalnych.
Nie, wszczepianie bioczipu nie było obowiązkowe, jednak rodzice mają świadomość, że ich dziecko bez czipu, nie byłoby po prostu obywatelem, nie mogłoby korzystać ze świadczeń społecznych, a potem normalnie pójść do przedszkola i do szkoły. Lekarze wytłumaczyli, że dzięki wbudowanemu nadajnikowi GPS dziecko nigdy się nie zgubi, a czip pozwoli na gromadzenie danych o jego stanie zdrowia, przez co szpital będzie mógł go otoczyć większą troską.

Obywatel czyli wróg publiczny

Niestety, powyższy fragment nie jest początkiem mojej najnowszej powieści science-fiction, lecz próbą naszkicowania całkiem prawdopodobnego scenariusza, który szykują swoim poddanym, politycy z największych biurokracji świata - Unii Europejskiej, i rządu Stanów Zjednoczonych.
Już teraz bioczipy znajdują zastosowanie komercyjne. Firma VeriChip opracowała wyposażony w GPS bioczip oparty na technologii RFID (Radio Frequency Identification Device - identyfikacji za pomocą fal radiowych), który jest wszczepiany dzieciom i starcom. Dzieciom – bowiem zapobiega np. pomyleniu bądź zgubieniu noworodka, a zgodnie z ulotką informacyjną "w USA zdarza się ponad 20 tys. takich przypadków rocznie". Sędziwi wiekiem czipują się, aby w razie zasłabnięcia czy utraty przytomności, lekarz za pomocą skanera mógł pobrać z bioczipa, kartę choroby pacjenta, aby zareagować jak najszybciej i skierować delikwenta na odpowiednią terapię.
W Europie czipuje się na razie tylko zwierzęta. Bioczipy służą naszym czworonożnym pupilom jako elektroniczne paszporty, ale nie sposób nie dostrzec tutaj prób testowania na zwierzętach systemu tego typu kontroli w praktyce. Po co zwierzętom implanty, przecież poświadczenie odbycia odpowiednich szczepień, poświadczają zwykłe papierowe książeczki zdrowia?
Bioczipy lansuje się także jako ostatni krzyk mody. Tak jak w dyskotece Baja Beach Club w Barcelonie, gdzie od kilku lat klientom ze strefy VIP, implantuje się bioczipa w ramieniu. Po uruchomieniu specjalnego konta, czip służy jako karta kredytowa i automatycznie reguluje płatności za drinki. Kelnerzy stają się zbędni, a klient czuje się wyjątkowo i może zabawić się do woli.


Trochę techniki i człowiek się gubi

Nowe technologie zawdzięczają swoje powodzenie wielkiemu biznesowi. RFID jest z powodzeniem wykorzystywane w handlu hurtowym i wielkopowierzchniowym. Takie marki jak Metro AG, Daimler-Chrystler, Dell Computer czy Wal-Mart, nie wyobrażają sobie zarządzania zapasami bez tagów RFID. Technologia jest doskonalsza od kodu kreskowego, gdyż umożliwia skanowanie bez konieczności zbliżania towaru do czytnika. W ten sposób wszelkie informacje o ruchu produktów, trafiają wprost do odpowiednich programów komputerowych, a zarządzanie zapasami przypomina dobrze ułożone puzzle.
Dzięki RFID skrócił się czas dostaw, towary gromadzone są zawsze na czas, spadły koszty magazynowania, a kradzieże czy zwykłe pomyłki należą do rzadkości. Na co liczą więc politycy? Dla polityków RFID, wykorzystywany w tzw. dokumentach biometrycznych: paszportach czy dowodach osobistych, umożliwiają szybszy i łatwiejszy dostęp do danych. Dostęp często wbrew woli zainteresowanych, bo nie możemy mieć gwarancji, że czytnik fal radiowych nie będzie umiejscowiony na ulicy czy w przejeżdżającym radiowozie.
W bioczipach można gromadzić wiele danych. Specjaliści przewidują łączenie funkcji identyfikacyjnych, prawa jazdy, paszportu, karty ubezpieczenia społecznego, karty kredytowej, elektronicznego podpisu, elektronicznych kluczy, GPS, czy telefonu komórkowego.
Jeszcze więcej pokus dostarcza mariaż technologii RFID z biometrią, czyli identyfikacji za pomocą indywidualnych cech ludzkiego organizmu: odcisków palców, geometrii dłoni, barwy głosu, struktury tęczówki oka czy układu naczyń krwionośnym. Tego typu formy identyfikacji w krajach rozwijających się znane są głównie z filmów science-fiction, w krajach rozwiniętych stanowią codzienność wielkich korporacji, gdzie dostęp do określonych zasobów jest silnie spersonalizowany.
O ile można zrozumieć stosowanie tak zaawansowanych technologii np. na lotniskach – w San Francisco czy izraelskim Ben Turion podobne zabezpieczenia są stosowane od lat 90. ubiegłego wieku – to pokusa gromadzenia najintymniejszych cech obywateli w gigantycznych bazach danych, wzbudza poważne zaniepokojenie. Jeśli urzędnik będzie miał nasze odciski palców, będzie nas w stanie z nas zlokalizować, będzie wiedział wszystko o naszym stanie zdrowia, preferencjach konsumenckich i nawykach, czy będzie zasadne mówić jeszcze o wolności człowieka?

Szatańskie technologie

Naturalnie w samych technologiach nie ma nic zdrożnego. Sęk w tym, w jaki sposób z nich korzystamy. Na wprowadzanie dokumentów identyfikacyjnych łączących technologie biometryczne z RFID zgodziło się niewiele krajów Unii Europejskiej, w tym niestety Polska. W innych krajach, szczególnie tam gdzie żywa jest tradycyjna religijność chrześcijańska, wierni wylegli na ulice i stawiali czynny opór władzy. Protesty przeciw sprowadzaniu człowieka do nośnika elektronicznej metki wstrząsnęły Rosją i Grecją. Do wiernych przyłączyli się najwyżsi hierarchowie. Do opamiętania wzywał władzę m.in. niedawno zmarły zwierzchnik Greckiego Kościoła Ortodoksyjnego metropolita Chrystodulos.
Ortodoksi powoływali się fragment Apokalipsy św. Jana (Ap 13, 16-18), według którego w czasach ostatecznych, wszyscy będą musieli przyjąć znak antychrysta, trzy szóstki, „na prawą rękę lub czoło, i że nikt nie może kupić ni sprzedać, kto nie ma znamienia – imienia Bestii lub liczby jej imienia”.
Grzegorz Górny z magazynu Fronda zauważa, że dziś największym oponentem zastosowania bioczipów w praktyce jest… jego twórca Carl Sanders. Sanders odkrył, że masowe stosowanie czipów biologicznych daje możliwość manipulacji człowiekiem poprzez regulowanie częstotliwości fal radiowych.
Jest też faktem, że implant musi być wszczepiany bądź na rękę, bądź na czoło, gdyż zasilany jest z biopola (różnic temperatur), a właśnie na tych częściach ciała wahania są najlepsze. Liczba 666 jest też stałym elementem elektronicznego kodowania całego systemu, co działa na wyobraźnie, nie mniej od nazwy globalnego systemu identyfikacji GPS – Digital Angel, czy powiązań firmy produkującej bioczipy Veri Chip z IBM, korporacji, która przecież współpracowała z III Rzeszą przy opracowaniu systemu numerowania ludzi stosowanego w obozach zagłady.
Gdy George Bush po zamachach z 11 września, ogłosił plany wprowadzenia dowodów identyfikacyjnych, liczne zgromadzenia konserwatywne i tradycjonalistyczne, uznały prezydenta Stanów Zjednoczonych za prekursora antychrysta. Podobne oskarżenia dotykały administrację prezydenta Putina, podczas wymiany dokumentów w Rosji.

POPiS na usługach antychrysta?

Posługując się analogiami, sługusami Bestii są zarówno politycy Prawa i Sprawiedliwości, jak i rządzącej Platformy Obywatelskiej. Polska staje się krajem elektronicznego totalitaryzmu na własne życzenie. Jako jeden z niewielu krajów Unii Europejskiej za rządów PiS wprowadziliśmy biometryczne paszporty. Zgodnie z ostatnimi zarządzaniami Brukseli, mającymi ukrócić handel dziećmi, tego typu dokumenty muszą mieć także najmłodsi. Jednak pomysł wprowadzenia nowych biometrycznych dowodów osobistych, zapowiedziane przez ministra spraw wewnętrznych Grzegorza Schetynę to już apokaliptyczna nadgorliwość.
Nie chodzi już nawet o to, że prawdopodobnie jesteśmy jednym z najbogatszych krajów na świecie, biorąc pod uwagę, że co kilka lat biurokraci wymieniają nam paszporty, dowody osobiste, prawa jazdy, druki recept i dziesiątki innych oficjalnych druków. Polaków nikt się o zdanie nie pyta, a być może sami jesteśmy zbyt bierni i niedoinformowani, aby się przeciwstawiać.
Biometryczne paszporty to sprawka Ludwika Dorna. Jako szef MSWiA Dorn był nie tylko entuzjastą nowego sytemu kontroli obywateli PESEL2, ale nowe biometryczne dowody chciał wprowadzić już w tym roku. W rozwijaniu systemów kontroli i inwigilacji Bogu ducha winnego społeczeństwa, polityk PiS widział główny element „informatyzacji kraju”. I szmieszno, i straszno.
Natomiast jego następca z PO zamierzało wprowadzać nowe dokumenty pod sztandarem postępu technologicznego. Mieliśmy szczycić się tym, że mamy najnowocześniejsze dokumenty w Europie, czytaj… daliśmy się sprowadzić do poziomu towarów, a w najlepszym przypadku zwierząt, bezkarnie inwigilowanych przez urzędników.
Oczywiście owe wspaniałe dokumenty mają być niemożliwe do podrobienia. Niestety brytyjscy dziennikarze skopiowali biometryczne paszporty w kilka sekund. Można sobie tylko wyobrazić bezkarność przestępców, którzy kradnąc tożsamość uczciwym obywatelom (tożsamość, bo zważywszy na wielość gromadzonych danych nie będzie to tylko niewinna kradzież PESEL’a), staną się anonimowi, nieuchwytni i będą siali na rynku prawdziwe spustoszenie.

Zgładzić Lewiatana

Polacy zaoszczędziliby kilka miliardów złotych, gdyby zamiast wprowadzać nowe dokumenty identyfikacyjne, po prostu znieść dowody osobiste! Samo wprowadzenie nowych dokumentów to blisko 0,5 mld złotych, nie licząc dodatkowych kosztów. Obywatele zamiast wypełniać stosy urzędowych druków, mogliby zająć się pracą i ich firmami. Gospodarka odniosłaby z likwidacji tych dokumentów nieocenione korzyści.
Warto przypomnieć, że dowody osobiste (nieznane np. w USA czy Wielkiej Brytanii) mają swój rodowód w PRL i służyły głównie do represjonowania społeczeństwa za pomocą rygoru meldunkowego. Tego typu metody szykan, podobnie jak stalinowskie izby wytrzeźwień, przetrwały do dziś tylko w Rosji, na Białorusi i w… Polsce.
Obecnie obywatel, dla którego identyfikacja leży w jego własnym interesie, może uwiarygodnić się na kilka innych sposobów: paszportem, kartą ubezpieczenia zdrowotnego, prawem jazdy czy innym dokumentem, który i tak musi posiadać w razie wyższej biurokratycznej konieczności.
Faktem jest, że żyjemy w ciekawych czasach. Z jednej strony, jak zauważa prof. Ryszard Legutko, wolność znalazła się w pogardzie, ponieważ współczesny człowiek wyżej ceni swoje bezpieczeństwo. Po drugie, jak stwierdził Warren Buffet, za nic, tak jak za bezpieczeństwo, człowiek nie jest w stanie aż tak przepłacać.
Warto jednak zastanowić się, czy cena, którą płacimy za złudne poczucie bezpieczeństwa, nie jest przypadkiem zbyt wysoka. Powierzanie tak wielu informacji urzędnikom, stworzy całkiem realną pokusę nadużyć i wykorzystania naszych osobistych danych niezgodnie z przeznaczeniem. Już teraz każdy Polak wie, że jego dane często trafiają w niepowołane ręce – dlaczego bowiem młode matki zasypywane są gradem prezentów od życzliwych firm, a pod nasz numer telefonu raz po raz dzwonią akwizytorzy, mimo, że zastrzegliśmy nasz numer?
Wobec powyższego, przy kolejnej próbie wprowadzenia dowodów biometrycznych, każdy obywatel powinien zadać rządowi fundamentalne pytanie: po co Panu, Panie Schetyna, tak naprawdę, moje odciski palców?

Artykuł ukazał się w najnowszej Gazecie Polskiej